Ona temu winna! Przyczyna rozstania (nie) jest oczywista

 

Choć może trudno w to uwierzyć, często przyczyną rozstania jest rodzic. Jej ojciec, jego matka... rzadziej, ale też możliwe, babka, dziadek, nauczyciel.

 


Bywa, że zaborczy rodzic nie godzi się na oddanie dziecka komukolwiek. Matka będzie kontrolować dorosłe życie dziecka, jakby wciąż było niesamodzielne i takie dziecko faktycznie nie potrafi się usamodzielnić. Czasem dzieci te pełnią rolę rodziców swoich rodziców. Nazywa się to parentyfikacją. Ci młodzi ludzie załatwiają sprawy rodziców i wypełniają formularze, a gdy z jakiegoś powodu tego nie zrobią, zostaną oskarżeni o zaniedbanie. Kiedy takie dorosłe dziecko decyduje się na własne życie - a w przypadku tych dzieci jest to decyzja godna podziwu - rodzic nagle zapada na obłożną chorobę lub przynajmniej taką, w której nieodzowna jest stała opieka. "Zrobię wszystko, żeby cię zatrzymać przy sobie!".
Rodzic nie zdaje sobie sprawy, że przyczyną jego choroby jest jego własna intencja, a ciało słucha i wykonuje rozkazy umysłu.
Przychodzą do mnie osoby, które nic sobie nie kupują bez konsultacji z matką, są i tacy ludzie, którym ubrania do czterdziestki, pięćdziesiątki kupują mamusie. Ojcowie decydują, gdzie ich "dorosłe" dzieci mają jeździć na wakacje, bądź że zamiast tego powinny dołożyć się do remontu mieszkania rodziców, które kiedyś ma przecież być ich własnością (UWAGA! Te dzieci zwykle nie dostają obiecanego!). Nic dziwnego, że związek, w którym jest "ta/ten trzeci/-a", rozpada się.

 

Mamy tu bowiem do czynienia ze zdradą.

 

 

 

Kiedy dorosły człowiek ufa ślepo swoim rodzicom, często przeciwstawia się partnerowi/partnerce, nie zważając na jej/jego argumenty, które bywają przecież słuszne. Partnerstwo wymaga trzeźwego spojrzenia i widzenia rzeczy takimi, jakie są. Decydujemy się na wspólne życie z kimś, kto różni się od nas w swoich poglądach, być może doznajemy czasem olśnienia, bo o ile nasze - nabyte - przekonania weszły nam w krew i nie egzekwujemy ich słuszności czy wartości, jakie niosą, o tyle zasady wyniesione przez partnera zadają się nam irracjonalne. Mówię o różnego rodzaju przekonaniach, które są błędne, a są takie, ponieważ szkodzą nam i naszym bliskim. Oczywiście wszyscy mamy szereg przekonań bardzo wartościowych, ale one ani nam, ani innym nie szkodzą.

 

Są to, ogólnie rzecz biorąc, wierzenia na temat powinności wobec rodziców i dzieci, obowiązków i praw kobiety i mężczyzny odnośnie prowadzenia gospodarstwa domowego, zapewniania środków finansowych itp.

 


 

Pod kątem naszej energetyki to rodzice są dla dzieci, a nie odwrotnie. Aby energia płynęła niezakłócenie to rodzic ma obowiązek zaspokojenia potrzeb dziecka:

 

  • bezpieczeństwa,

  • akceptacji takim, jakie dziecko jest,

  • potrzeb fizjologicznych (karmienie i przewijanie zanim dziecko stanie się samodzielne),

  • przynależności,

  • szacunku i uznania,

  • samorealizacji.

 

Jak widzisz, potrzeby fizjologiczne ulokowałam na trzecim miejscu. Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego, zachęcam do poznania eksperymentu małżeństwa Haarlow.

 

 

 

Ogólnie znamy przekonanie o tym, że należy czcić ojca swego i matkę swoją. Owszem. Należy. Jednak dziecko nie posiada czegoś, czego nie dostało. Trzymamy się tego nakazu, nie rozumiejąc, że otrzymamy to, co dajemy. Niekiedy reagujemy agresją na dorosłego, który jest agresywny wobec swoich rodziców. Jak już pisałam wcześniej, dotyka nas to, co nas dotyczy. Stan emocjonalny, który odczuwamy to nasza własna agresja, którą nasze ciało zapisało w swojej pamięci. Jest to reakcja na zależność: rodzic-dziecko-przemoc.

 

Nie spotkałam się jeszcze z przypadkiem, gdy dziecko, do którego rodzice podchodzili z szacunkiem, znęca się nad nimi lub kimkolwiek. Jeśli to robi, to dlatego, że tak umie. Tak się nauczyło. Jego potrzeba szacunku nie została zaspokojona.

 

Potrzeba dotyku jest niezwykle ważna. A co, kiedy jedyną nauczoną jego formą było szarpanie i bicie? Kiedy chcemy okazać komuś nasze zaangażowanie, będziemy bić i szarpać. Choć pragniemy zrobić to inaczej, coś nas blokuje. W mózgu tworzą się tzw. ścieżki neuronowe, a są one jak koleiny, z których trudno się wydostać i choć można inaczej, wciąż wracamy na utarte szlaki. (To jest do przepracowania!).

 

Postanawiasz, że w końcu z NIĄ/NIM porozmawiasz. Nie jak zwykle. Na spokojnie. Bez oskarżeń, obwiniania, agresji. I co? Wszystko OK, ale gdy tylko otwierasz usta, leje się z nich potok oskarżeń, obwiniania, agresji. Zauważ: planując rozmowę, myślałaś/-eś o: oskarżeniach, obwinianiu, agresji. To kolejna pułapka umysłowa.

 

 

Wybieraliśmy się na lody gałkowe.

 

Pomyślałam sobie, że wezmę kulkę o smaku malina-mascarpone, bo te lubię, a drugą inną, ale nie orzechową, bo nie smakują mi orzechowe. Przed ladą zagadałam się i poprosiłam o dwie kulki: malina-mascarpone i orzechowe... :D

 

 

 

Akceptacja to ważna rzecz. Bywa, że dziecko jest odrzucone ze względy na płeć – spotkałam się z takimi zapisami w pamięci podświadomości, że przemilczę. A wszystko, co jest przeciw nam, podświadomość koduje i przechowuje, by wzorzec odtwarzać w każdej sytuacji podobnej do tej pierwotnej. I znowu wracam do płci. Dziewczynki są znacznie częściej odrzucane niż chłopcy. Temu służy oczywiście szereg przekonań. Zastanów się jednak: dlaczego masz czwarta córkę? Potrafisz akceptować kobiecość? Dziewczęcość? Czy jest w Tobie łagodność, spokój, wszystko to, co jest krągłe, subtelne, ulotne, tajemnicze... Może trzy córki to za mało, by to uświadomić.

 

A czy wiesz, że nieakceptowanie żeńskich (lub męskich) cech to zapis emocji przekazanych Ci przez ojca/matkę/dziadka/babkę...? Na pewno jesteś w stanie przypomnieć sobie kilka należących do nich przekonań. Pracując na ich podstawie można dokonać rzeczy wspaniałych dla własnego rozwoju.

 

 

 

Jeżeli kiedykolwiek słyszałeś/-aś coś takiego jak:

 

  • jak nie zrobisz... to mamusia cię nie kocha,

  • ty nie jesteś nasz/-a,

  • baby/chłopy to... (dotyczy Twojej płci),

  • nic nie rozumiesz, bo jesteś dzieckiem,

 

to są programy odrzucenia.

 

Na pewno pamiętasz, jak się czułaś/-eś, słysząc te słowa.

 

 

 

Jeżeli nasze potrzeby są zaniedbane, wyrastamy na ludzi niedorosłych. Nasze ciała dojrzewają i dorośleją, ale my wciąż czekamy na spełnienie obowiązku naszych opiekunów.

 

A zamiast tego mówią nam, że winni im jesteśmy opiekę na starość, bo oni się nami opiekowali w niemowlęctwie. To znaczy, że ci rodzice jeszcze czekają na wypełnienie obowiązków ich rodziców. My nie możemy opiekować się naszymi dziećmi, bo MUSIMY zajmować się rodzicami i koło się zamyka.

 

Człowiek, którego dziecięce potrzeby zostały zaspokojone, nie wymaga już tego od innych (jestem matką i piszę to w pełni świadomie). Człowiek dojrzały kieruje się innymi kryteriami.

 

To nie znaczy, że nasze dzieci mają siedzieć i czekać na to, co im rzucimy. Dzieci otaczane miłością chętnie się realizują i mają wspaniałe osiągnięcia. Wystarczy, że pozwolimy im na własne wybory.

 


Gdy przyjrzymy się naszemu życiu z otwartym umysłem, czasem dopiero wówczas uświadamiamy sobie, iż jesteśmy niewolnikami własnych rodziców.
A ja życzę Ci otwartego spojrzenia.